“NASZ ŚWIAT SIĘ ROZPADŁ” - RECENZJA CABARETU W TEATRZE DRAMATYCZNYM W WARSZAWIE 

recenzja uczennicy klasy IVB ZPSP Patrycji Łupińskiej napisana dla portalu https://kulturanacodzien.pl/

 

Co znaczy człowiek, wobec realiów świata, który wiruje i jawi się jako życie będące jednym wielkim kabaretem? Nie każda scena jest sceną jednostki, jeśli wkraczają na nią społeczeństwo i idea, piszące własny scenariusz, w którym nie ma miejsca na zamianę ról.  Marzenie i wolność ścierają się z brutalną rzeczywistością, miłość się kończy, a ludzie stają się więźniami lub uciekinierami. Przedwojenny Berlin i całe jego szaleństwo chylą się ku upadkowi, jego kolory blakną, gwiazda gaśnie w obliczu nowego porządku naznaczonego strachem i niebezpieczeństwem. Orkiestra jednak wciąż gra, Mistrz Ceremonii wita gości, diament w koronie Kabaretu Kit Kat powraca na scenę. 

Na podstawie sztuki Johna Van Drutena i opowiadania Christophera Isherwooda, Ewelina Pietrowiak wyreżyserowała sztukę niemal doskonałą, bezpośrednią i niezwykle ekspresywną w swoim wyrazie, jednak wcale niebanalną. Równolegle do życia Berlina gra muzyka, dwa światy przenikają się tworząc bardzo wyraźny obraz. Przy istnie magicznych utworach jak Wir kommen czy Nie mów mamie w wykonaniu muzyków teatru, warstwa fabularna nie pozostaje w tyle, przeciwnie, przyciąga uwagę widza w jeszcze większym stopniu, angażując go w dramat, który rozgrywa się na jego oczach, a forma musicalowa pozwala na jeszcze głębszą integrację z bohaterami i przeniesienie się w czasie. O najwyższym poziomie Cabaretu świadczy wyrównany poziom składowych gatunku jaki reprezentuje, gra aktorska właściwie nie odstaje od wykonów wokalnych, zachowano charakterystyczny dla teatru sposób odgrywania postaci, nie tworząc jednocześnie pokazu ani nadmiernej groteski. 

Opis sztuki sugeruje, że będziemy świadkami niemal wzorowego hollywoodzkiego romansu, któremu reżyserka poświęci cały czas i przestrzeń sceniczną, a jednak fabuła wykracza poza ten wąski wątek i poruszone zostają problemy egzystencjalne; samotność, przyjaźń, miłość, śmierć, moralność, strach, szczęście, ból i zagubienie przeplatają się ze sobą tworząc prawdziwy wir emocjonalny. Mimowolnie zostajemy w niego wciągnięci, odbija się on na uczuciach i na długo pozostaje w myślach, nie pozwalając przejść obojętnie obok elektryzującego Cabaretu.  

Czymże jednak byłby on bez niezastąpionego Krzysztofa Szczepaniaka jak Mistrza Ceremonii, będącego kolorowym ptakiem, nie pozwalającym oderwać od siebie wzroku. Stworzył on kreację żywiołową, pasjonującą, nieszablonową, a czasem nawet psychopatyczną i mroczną. Roztańczony i rozbiegany, charyzmatyczny i tajemniczy w swojej otwartości, niewątpliwie wzbudził zachwyt publiczności. Elegancki przedwojenny dżentelmen, jakby wyrwany z talii kart to zasługa scenografki i kostiumografki, Katarzyny Nesteruk, której projekty podkreśliły charakter i stworzyły wspaniałą oprawę szalonego Mistrza Ceremonii. Kunszt aktorski Krzysztofa Szczepaniaka nie ulega wątpliwości, a nie mniejsze wrażenie robi jego głos, który wybrzmiewa w Kabarecie Kit Kat i chciałoby się, żeby nie ustawał.  

Duet, od którego wszystko się zaczyna, i który powinien skupić uwagę widza, wręcz ją rozproszył, wydał się niezgrany i sztuczny.  "http://teatrdramatyczny.pl/mateusz-weber" Mateusz Weber jako Cliff Bradshaw nie miał wielkiego pola do popisu odgrywając pisarza, jednakże poruszał i pozwalał wejść do wnętrza swojej postaci. Wcielająca się w Sally Bowles, Anna Gorajska nie spełniła moich oczekiwań jako aktorka, zdecydowanie zbyt wyraźnie zarysowała groteskowość w swojej kreacji, nie skupiając się na zagubieniu i konstrukcji charakteru. Jednakże, nie można odmówić jej niebywałego wokalu, który w numerach solowych powalał na kolana; ciemne partie dolnych i silne, donośne partie górnych dźwięków są równie czyste, co charakterystyczne i między innymi dla takiej barwy warto wybrać się do Teatru Dramatycznego w Warszawie.  

Obok jednego romansu, rozkwita drugi, dojrzalszy, poważniejszy, którego bohaterami są Niemcy: Fräulein Schneider (w tej roli Agnieszka Wosińska) i Żyd, Herr Rudolf Schultz (Piotr Siwkiewicz). Ku mojemu zaskoczeniu, to nie młodzi i wyzwoleni ludzie poruszyli mnie, lecz Ci, którzy są spokojni i ostrożni, po przejściach i chcą znaleźć swoje miejsce. Ten wątek łączy się z postacią Ernsta Ludwiga, granego przez Tomasza Budytę, który brutalnie objawia nam prawdziwe oblicze społeczności, przyjaciół i ludzi, którym zawsze można było przecież ufać i polegać na nich. Ernst Ludwig to zdecydowanie najbardziej mroczna postać całej sztuki, mimo przyjaznej pozy, którą przez większość czasu kreuje, budzi niepokój i strach nawet przed ukazaniem prawdziwego oblicza i swoich zamiarów.  

Przy tragicznych wręcz zdarzeniach, które rządzą Berlinem, trwają szalone występy w Kabarecie Kit Kat, pełna swoboda i wyzwolenie, cielesność i seksualność, brak ograniczeń i wieczna zabawa. To niezwykle kontrastowe połączenie sprawia, że nie mamy do czynienia ze sztuką ciężką, napięcie rozładowuje komediowa część Cabaretu, za którą w dużej mierze odpowiada postać Magdaleny Smalary jako Fräulein Kost, zadziornej kurtyzany, nie wstydzącej się swojej profesji, pełnej charyzmy i witalności, wprowadzającej dużą dozę komizmu.  

Przy wspaniałej muzyce i fenomenalnych rolach pierwszo- i drugoplanowych ogromnym zawodem są niestety tancerze, którzy wydają się niezaangażowani i nieprofesjonalni wobec kreacji aktorskich. Zamiast wprowadzać świeżość i energię po zawirowaniach fabularnych, są nudni i niezaangażowani, odstając tym samym od elektryzującego Mistrza Ceremonii czy uwodzicielskiej Sally Bowles. Tło nie musi być statyczne, w tej sztuce ono również powinno żyć.  

Cabaret nie jest tym, na co wygląda, porusza wiele spraw, trudnych i wciąż aktualnych, wywołując tym samym refleksję i burzę emocji. Nie pozwala być obojętnym zarówno w trakcie, jak i po zakończeniu, spełnia swoją rolę jako sztuka, ponieważ oddziałuje na widza i sprawia, że chce się do niego powrócić. Nie mamy tu do czynienia z przerostem formy nad treścią, który w wielu dramatach bywa rażący i niezrozumiały, a z równowagą. Ewelina Pietrowiak pod każdym względem utrzymuje, jeśli nie podnosi, poziom Teatru Dramatycznego, dba o styl i urok, które zachwycają coraz szerszą publiczność.